Armagedon dzień po dniu, J.L. Bourne

Temat Zombie długo był dla mnie tanim, klasy B (Z?). Ale potem, jak już wspominałam, siostra wciągnęła mnie w uniwersum The Walking Dead. I nie to, że przekonałam się do zombiaków, to jeszcze stałam się ich fanką. W ogóle lubię postapo, ale zombie to już całkiem.





"Armagedon dzień po dniu" trafił w moje ręce w pakiecie podczas spotkania A może nad morze z książką. I gdy tylko na spokojnie przejrzałam swoje łowy zabrałam się do czytania książki J.L Bourna, która bezczelnie przeskoczyła moją kolejkę i książek do przeczytania, i do zrecenzowania.


Urywkowe doniesienia medialne wskazują na chaos i przemoc, które rozprzestrzeniają się w amerykańskich miastach. Planetę ogarnia zło nieznanego pochodzenia. Umarli powstają, by objąć Ziemię we władanie jako nowy dominujący gatunek w łańcuchu pokarmowym.
Oto pisany odręcznie dziennik ukazujący walkę o przetrwanie jednego człowieka. Schwytany w sidła globalnej katastrofy, musi podejmować decyzje – wybory, które zaowocują albo życiem, albo wieczną klątwą przemierzania świata jako jeden z trupów.
Wkrocz, jeśli masz odwagę, do tego świata. Świata nieumarłych. /Opis za wydawcą/ 

Książka ma formę dziennika, dzięki czemu możemy dowiedzieć się jak dzień po dniu fala zombie zalewała świat. Jak rośnie niepokój ludzi, jak upada cywilizacja, aż wreszcie, a może przede wszystkim co przeżywa narrator, który dzieli się z nami swoją historią. Tu trzeba przyznać, że główny bohater był sporym szczęściarzem. Nie każdy obywatel stający w obliczu zagłady jest wojskowym pilotem... Początkowo więc towarzyszyło mi duże poczucie niesprawiedliwości. Trochę dziwne, że właśnie podważało prawdopodobieństwo wydarzenia się w rzeczywistości, skoro książka dotyczyła istnienia żywych trupów. Ale to pewnie wynika z brakiem możliwości utożsamienia się z bohaterem. Przekaz dla mnie był jasny: nie umiesz latać, nie przeżyjesz...


Ale to chyba jedyna uwaga, bo "Armagedon dzień po dniu"  to po prostu świetna rozrywka, jakkolwiek to zabrzmi zważając na wszechobecną w tej książce śmierć (w końcu nieumarli zdobyli świat). Była i trzymająca w napięciu, i lekka. Główną wadą tej książki jest to, że czyta się ją EKSPRESOWO! Dwa razy do pracy i z powrotem (plus jedno popołudnie) i książka przeczytana. I bezczelnie zostawiała mnie na głodzie, bo koniec tej części jest naturalnie zapowiedzią kolejnej, więc muszę się za nią rozejrzeć. Koniecznie!


Za książkę dziękuję organizatorom spotkania A może nad morze z książką i Wydawnictwu Papierowy Księżyc, które było jednym ze sponsorów wydarzenia!

5 komentarzy:

  1. O zombiakach jeszcze nic nie czytałam, ale science fiction lubię, więc kto wie ;) Przekonałaś mnie i spróbuję :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Co prawda tematyka zombie do mnie z reguły nie przemawia, to przyznaję, że recenzja zachęca!

    OdpowiedzUsuń
  3. Lubię postapo, szczególnie z cyklu Uniwersum Metro, ale do Zombie w ogóle mnie nie ciągnie. Wampiry są ok, ale Zombie to nie moja bajka.

    OdpowiedzUsuń