Rozmowa z Agathą Rae

Kontakty z zaświatami, przewodnik dusz i sentymentalna podróż do lat dziewięćdziesiątych. Gdy tylko usłyszałam, o czym jest książką "Psychopomp" Agathy Rae od razu wiedziałam, że to będzie lektura dla mnie. Dlatego z radością objęłam tę książkę patronatem. Co dla nas szykuje teraz, dlaczego zaczynała pisać po angielsku i czego lubi posłuchać? Serdecznie zapraszam na rozmowę z autorką.



Agatha, rok temu rozmawiałyśmy w Gdańsku o Twojej książce Psychopomp i dziś o niej też będzie, bo to bardzo ciekawa pozycja, ale teraz ciekawi mnie coś innego. W mediach społecznościowych wygląda na to, że na coś się zanosi... Nad czym pracujesz?

Tak, owszem. Pracuję w tej chwili nad pierwszą w moim dorobku pozycją non-fiction. Praca nad
książką jest już bardzo zaawansowana i chociaż jej wydanie planowane jest na rok 2021, mam cichą
nadzieję, że Wydawnictwo Kagra, które zaproponowało mi napisanie tej pozycji, może rozważy
nieco wcześniejszy termin jej wydania. Byłoby genialnie. Praca nad tą książką pozwoliła mi
poznać sporo niesamowicie ciekawych i inspirujących osób, co więcej, z jedną z nich będę w
przyszłości tworzyć wspólnie osobny projekt.

Dlaczego zaczynałaś pisać po angielsku?

Przez przypadek. Naprawdę. W okolicach lat 2010 byłam wielką fanką serialu „Czysta krew” HBO
(Team Bill!) i mocno wkręciłam się w amerykańskie forum fanów tej produkcji, zaczęłam też
współpracę z fanowską stroną Stephena Moyera, aktora grającego w serialu wampira Billa. Pisałam
dla nich recenzje jego wcześniejszych filmów, analizy poszczególnych odcinków „Czystej krwi”,
napisałam też artykuł o fenomenie tej produkcji.
Pewnego razu jedna z koleżanek na forum podzieliła się informacją, że znalazła wydawcę na swoją
powieść. Dzięki temu dowiedziałam się o niezależnym amerykańskim wydawcy Firefly and Wisp i -
zachęcona niezłym odbiorem tekstów, które pisałam na fanowską stronę Stephena Moyera -
odezwałam się do tego wydawcy z pytaniem, czy mogłabym podesłać im opowiadanie, nad którym
akurat pracowałam. Zgodzili się, ale, gdy już je im wysłałam to je odrzucili – powiedziano mi, że
powinnam je rozbudować do rozmiaru powieści, że jest w moim tekście potencjał, który powinnam
rozwinąć. Siadłam zatem do pracy i nieco ponad rok później wysłałam im moją debiutancką
powieść „Oenone”, która została wydana w 2013 roku, a która w wersji ebookowej dotarła na 75.
miejsce zestawienia najlepiej sprzedających się powieści kategorii fantasy brytyjskiego Amazona.

 I czy to dlatego zdecydowałaś się na pseudonim czy są jakieś inne powody?
Tak się to wszystko po prostu potoczyło. Nie planowałam pisać po angielsku, nie planowałam
obierać pseudonimu, tak zwyczajnie wyszło. Coś się zaczęło, zadziało i po prostu poszłam tą
ścieżką. Przed wydaniem „Oenone” zaproponowano mi, abym pisała pod pseudonimem; chodziło
o to, żebym była bardziej naturalna w wyborze dla amerykańskiego czytelnika, który może
podchodzić sceptycznie do autorki o obcobrzmiącym nazwisku - pseudonim miał pełnić formę
wabika na czytelników. I tak już zostało, kolejne książki (duologię „Tangents”, nowele „The Belt” i
„The Garden”, a także właśnie mój polski debiut, czyli „Psychopompa”) również pisałam jako
Agatha Rae, żeby moja praca miała swoją kontynuację, żeby ktoś mógł łatwiej znaleźć inne moje
pozycje. Wszystkie moje kolejne publikacje będę na pewno wydawała jako Agatha Rae, bo zależy
mi na naturalnej kontynuacji mojej pracy i powiększaniu swojego dorobku.
Spotkałam się z zarzutami pisanymi w komentarzach pod artykułami o mnie, że po co pseudonim,
że pewnie wstydzę się swojej pracy. Absolutnie tak nie jest. Tak po prostu wyszło, tak się to
potoczyło, że zostałam Agathą Rae i nie widzę sensu, ani nie czuję potrzeby, żeby to zmieniać i
wprowadzać do mojego dorobku chaos.


Psychopomp – przyznam, że zanim przeczytałam Twoją książkę, nie znałam tego słowa, myślałam, że to jakaś abstrakcja, neologizm, tymczasem okazuje się, że Psychopomp to?
Psychopompy to przewodnicy dusz - osoby, bądź bóstwa, których zadaniem jest odprowadzanie
dusz umierających ludzi w zaświaty, ale też sprowadzanie dusz na ziemię, więc psychopompy były
również obecne przy porodach, nie tylko przy umieraniu. Pierwszy raz zetknęłam się z tym słowem
w 2001 roku, kiedy to odkryłam wtedy zespół będący muzycznie miłością mojego życia, kanadyjskie
trio The Tea Party (koniecznie sprawdźcie ten zespół!). Wpadł mi wówczas w ręce ich krążek
„Transmission”, na którym była piosenka „Psychopomp”. Nie miałam pojęcia, co to znaczy, więc
zaczęłam dociekać, szukać informacji, bo byłam zaintrygowana tym nietypowym i tajemniczym
terminem.

Czytaj też: Jak rozmawiać z duchami - recenzja książki Psychopomp
A dlaczego psychopomp trafił do Twojej twórczości?
Przewodnik dusz, który odprowadza je w zaświaty, dodaje otuchy osobie umierającej, dba o jej
spokój i komfort. Dla mnie to niemalże od razu był pomysł na coś ciekawego, na jakąś historię. W
dodatku w „Psychopompie” jest dużo grunge’u, gatunku muzycznego określanego również jako
„suicide rock” i chociaż te dwie rzeczy nie miały się z początku zazębiać, to jednak, gdy praca nad
książką była już mocno zaawansowana uznałam, że może coś w tym jest? Może to nie jest
przypadek, w końcu moja bohaterka mogła równie dobrze słuchać boysbandów, czy rapu, ale
jednak nie, ciągnie ją w zupełnie inne muzyczne rejony.
Intrygujący motyw przewodni to nie jedyna rzecz, która zwraca uwagę w Twojej książce – kolejną jest czas akcji. Lata dziewięćdziesiąte? Dlaczego akurat ten okres? Sentyment?

Tutaj pojawiło się kilka powodów. Po pierwsze, faktycznie, sentyment. Nostalgia. Jestem w takim
wieku, w którym budzi się w ludziach tęsknota za młodością, za tym, co było, za dzieciństwem i
pomyślałam, że umiejscowienie powieści w latach 90 będzie dla mnie samej czystą frajdą, bo
przeniosę się do tamtych lat, które bardzo ciepło wspominam. Kolejnym powodem było to, że
chciałam współczesnej młodzieży pokazać nie tak przecież dawny, ale inny świat, w zasadzie bez
Internetu, bez komórek, ale jednak taki, w którym można było sobie spokojnie poradzić bez
przeglądarek internetowych, za to z książką telefoniczną leżącą na stoliku, przy telefonie z kablem.
Pomyślałam, że może to być dla młodszych czytelników książki swego rodzaju ciekawostką.
Uznałam, że lata 1994 – 1998 są najlepszą cezurą dla mojej książki, ponieważ wcześniejsze, czy
późniejsze nie oddałyby tego okresu tak idealnie w punkt, tylko byłyby de facto latami
przejściowymi, na styku poprzedniej i następnej dekady.
Podczas naszego drugiego spotkania, w Bibliotece Gdynia zrobiłyśmy też małą wycieczkę do
tamtych czasów, przyniosłaś trochę przedmiotów z tamtych lat. Co dla ciebie jest symbolem lat 90? Jakie z tych przedmiotów masz w domu i ich używasz?


Jest to dekada o tyle fenomenalna, że nadal wybrzmiewa w kulturze popularnej, co jest pewnym
fenomenem, bo jednak lata 90. zaczęły się trzydzieści lat temu. Tymczasem w TV nadal można
obejrzeć „Przyjaciół,” a w radiu posłuchać grunge’u, rzeczy tak przecież popularnych w latach
dziewięćdziesiątych. Do kin trafiają remake’i i nowe części hitów z tamtych lat typu „Jumanji”,
„Mumia”, „Żółwie Ninja”, czy „Park Jurajski” , albo „Matrix”. To, że lata 90 nadal mają swoich
odbiorców i to również tych młodszych, którzy się w tamtej wcale dekadzie nie wychowali,
najlepiej oddaje z jakim fenomenem mamy do czynienia. Na taki specyficzny klimat składała się również charakterystyczna moda, czyli grunge’owe jeansy z dziurami na kolanach i flanele, za duże, workowate t-shirty, ogrodniczki z dyndającymi szelkami albo fryzury na Rachel Green, czy Nicka Cartera. Nie jestem pewna, czy lata 2000 przyniosły tak mocno nakreślone i zarysowane style, być może tak, może ja się temu zbyt słabo przyglądałam już później, ale nie ma wątpliwości, że lata 90. są w jakimś sensie nieśmiertelne, właśnie dzięki temu swojemu specyficznemu klimatowi.
Ja nadal mam w domu Walkmana, do spodu rozładowane Tamagotchi, parę kaset, konsolę do gier i
dwa kardridże do niej i jakieś tam wycinki prasowa z tamtego okresu.
Była fabuła, był czas akcji, czas na miejsce: Gdynia – czyli Twoje miasto. Dlaczego tam, bo dobrze znasz, bo jesteś z niej dumna, bo chciałaś ją pokazać innym?

Wszystko to, co wspomniałaś. Bardzo lubię Gdynię, dobrze się tu czuję, jestem z tym miastem
związana, uważam, że jest inspirujące i otwarte. Gdy zdecydowałam się napisać „Psychopompa”,
Gdynia była dla mnie naturalnym wyborem jako miasto, w którym dzieje się akcja powieści.
Gdybyś miała oprowadzić kogoś po mieście śladem Twojej książki to gdzie byś go zabrała?
Dwa główne rejony to Śródmieście, gdzie trzeba byłoby zajrzeć na ulicę Bema, gdzie mieszka moja
bohaterka, przejść się bulwarem, wstąpić na pizzę do Gdynianki, a drugim rejonem byłoby Obłuże i
tereny północnej Gdyni.


A jak wyglądał research do powieści? To że mieszkasz w Gdyni to jedno, ale twoja powieść dzieje
się w latach 90, i nawet jeśli ją pamiętasz, to wspomnienia, jak to wspomnienia mogą się mieszać,
korzystałaś z jakieś fachowej pomocy?
Tak. Zgłosiłam się do gdyńskiego Urzędu Miasta po pomoc. Przychodziłam, dostawałam wielkie
pudła ze zdjęciami Gdyni z lat 90, z miejskich różnych uroczystości, czy wydarzeń i na ich podstawie
notowałam sobie jak wówczas wyglądało miasto. Realia transportu publicznego pomógł mi
odtworzyć ZKM. Zgłosiłam się również po pomoc do Urzędu Gminy Kosakowo i Pomorskiego
Towarzystwa Genealogicznego. Wszyscy chętnie udzielali mi niezbędnych informacji.
Mi lata 90 kojarzą się między innymi z kasetą magnetofonową, przekładaniem jej na drugą stronę, przewijanie ołówkiem... No właśnie a będą przy kasetach, muzyka też wyraźnie przewija się w twojej książce
Tak, w moich książkach często sięgam po muzykę, która z jednej strony służy mi do uzupełnienia
budowania danej postaci, a z drugiej jest tłem dla różnych wydarzeń i sytuacji. Wydaje mi się to
dość naturalnym zabiegiem, większość ludzi zwykle czegoś słucha i to konkretnych rzeczy w
konkretnych sytuacjach, a ich gust muzyczny też zwykle z czegoś wynika i bywa, że nadaje życiu nie
tylko tło muzyczne, ale również społeczne, czy towarzyskie. Muzyka, słuchanie jej w radiu,
słuchawkach, czy podczas koncertów jest naturalną potrzebą człowieka, może być źródłem
inspiracji, endorfin, służyć budowaniu i rozładowywaniu emocji. Takie przynajmniej jest moje
zdanie.
Wiemy już, że lubisz pisać i słuchać dobrej muzyki, co jeszcze?

Dla mnie dobra muzyka to przede wszystkim moi najukochańsi The Tea Party. Sporo też słucham Pearl Jamu, jestem również ogromną miłośniczką klasyki rocka i metalu z lat 60 i 70 - tu to przede wszystkim Black Sabbath. Ale chętnie sięgam też na przykład po Thievery Corporation. Co jeszcze lubię? Hokej. Uwielbiam. Uważam, że jest to najpiękniejsza dyscyplina sportu, w dodatku cholernie trudna i niesłychanie wymagająca. Od lat trzymałam kciuki za drużynę PKH Gdańsk, niestety klub przestał istnieć i teraz nie bardzo wiem, jak spędzę kolejne jesienne i zimowe wieczory bez meczów i bez towarzyszących im emocji.

Wspomniałaś na początku, że pracujesz nad książką, co do któej są już pewne plany wydawnicze, a czy jest coś jeszcze? Piszesz coś nowego?
Wiele wskazuje na to, że w najbliższej przyszłości będę pisarsko mocno zajęta i już teraz przyznam, że nie mogę się doczekać aż wszystkie moje plany - i te, które właśnie realizuję i te, które dopiero pojawiają się na horyzoncie - trafią w ręce Czytelników.

Dziękuję za rozmowę.

2 komentarze: