To, co czytam: Skaza, Robert Małecki

Był czas na pisanie, jest czas na czytanie. Narobiłam sobie trochę zaległości czytelniczo-blogowych tym swoim pisaniem, ale koniec tych wymówek. Na początek przychodzę z recenzją – a jakże by inaczej – kryminału. Bardzo stęskniłam się za moim ukochanym gatunkiem.

Jakiś czas temu pisałam wam, że eksperymentuję z czytaniem na komórce. Wzięłam się za „Skazę” Roberta Małeckiego. Efekt był taki, że czytałam tę książkę chyba ze trzy tygodnie albo i dłużej. Ruszyło dopiero, gdy wypożyczyłam ją z biblioteki (i musiałam trochę na nią poczekać) No nie. To jednak nie dla mnie. Patronaty, książki przedpremierowo czy wersje dla bet zdarza mi się czytać w wersji elektronicznej. Mam zadanie, to je wykonam, ale przy czytaniu wyłącznie dla rozrywki to się u mnie nie sprawdza. Pracuję przed komputerem i telefonem, więc czytając, a więc relaksując się muszę potrzebuję zmiany nośnika. Ale co podkreślam - nie jestem ortodoksyjną wyznawczynią książki drukowanej. Kocham zapach kartek, ale u mnie bez jedynej słuszności ;) Pewnie jeszcze kiedyś zrobię kolejne podejście.






Dobra, ja tu gadu gadu, a czas o książce.

Mam za sobą serię Roberta Małeckiego z dziennikarzem Markiem Benerem i przypadało mi do gustu więc wiedziałam, że i na tę przyjedzie kolej.

Cóż mogę wam powiedzieć. Ta książka ma wszystko, co kryminał mieć powinien. Podręcznikowy bohater – świetny w swoim fachu śledczy, ale z przeszłością i skomplikowanym życiem prywatnym. Swoistą skazą… Muszę przyznać, że uwielbiany przeze mnie Szacki właśnie dorobił się konkurencji ;)


Najpierw opis od wydawcy:

Zimą 2018 roku ze skutego lodem jeziora zostają wyciągnięte zwłoki nastolatka. Patolog jest pewien, że śmierć chłopca nastąpiła w wyniku utonięcia. Znamion przestępstwa nie nosi też ciało starszego, bezdomnego mężczyzny o nieustalonej tożsamości. Oba zgony łączy tylko mroźna noc. A to niestety za mało, by rozpocząć śledztwo...

Jednak zdaniem komisarza Bernarda Grossa pytań w obu sprawach jest więcej niż odpowiedzi. I kiedy zacznie je zadawać, mieszkańcy pobliskiego miasteczka nabiorą wody w usta. Gross przekonuje się z czasem, że ich milczenie to mur, za którym czają się duchy przeszłości.

Kluczem do odkrycia prawdy może okazać się wyjaśnienie starej sprawy tajemniczego zaginięcia…

Akcja w książce dzieje się dwutorowo – na zmianę poznajemy wydarzenia z teraźniejszości i sprzed dziesięciu lat. I tak powoli poprzez działania Bernarda i przytaczane wspomnienia z przeszłości czytelnik wraz z komisarzem zbliża się do rozwiązania zagadki, kolejne elemty wskakują na miejsce. Intryga sama w sobie była dobrze skonstruowana, chociaż trochę zabrakło mi gry z czytelnikiem i wodzenia go za nos.

A co mnie ujęło? Wiadomo. Klimat małej miejscowości, jej nieśpieszne tempo, hermetyczność i to, że każdy zna każdego, albo przynajmniej wie z kim sypia. No chyba, że ktoś pyta, to wtedy woda w usta. Ale utor tak malowniczo oddał topografię Chełmży, że miałam wrażenie, że idę tymi uliczkami wykładanymi kostką i jestem nad tym skutym lodem jeziorem.

No i właśnie. Zimowa aura. To idealne połączenie. I znowu niemal czułam ten siarczysty mróz na policzkach te płatki śniegu spadające na policzki, ten zapach zimnego powietrza wokół.

Kolejny plus za moje ukochane easter eggs. Jeśli znacie poprzednią serię Roberta Małeckiego, to szybko je znajdziecie ;) 

Co jeszcze zostało? A warsztat.  Świetnie się czytało. Jak do tego dodać jeszcze właśnie warstwę obyczajową i demony przeszłości widzące nad głównym bohaterem można powiedzieć tylko jedno: chcę jeszcze.

I na szczęcie mamy ten luksus, bo to pierwsza część serii, a fakt, że wzięłam się za nią nieco później sprawia, że nie muszę czekać na kolejne. To ona na mnie już czeka na półce… prosto z Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki w Gdańsku :)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza